Nikt nie przypuszczał, że wrzesień rozpocznie się tak smutno. Mimo iż nie wybuchła żadna wojna ani nie nastąpił koniec świata, to jednak coś wisiało w powietrzu. Tym czymś był oczywiście wszechobecny deszcz. Dostawał się w każdą szczelinę – do butów, pod kurtki, do kieszeni. Parasole chronią jedynie głowę, a trudno byłoby nosić cały czas plastikowe płaszcze. To takie nietwarzowe. Mieszkańcy Poznania mieli już tego serdecznie dość, lecz co zrobić? Z naturą nikt nie wygra. Nawet intensywnie różowa fara znikła w szarościach, katedra św. Piotra i Pawła wtopiła się w jedno ze smutnym niebem, a zieloność tramwajów zupełnie zblakła. Poznań przegrywał powoli z burością i szarością, jedynie wieczorami osiedla wypełniała szklana pogoda, która wyciekała z ekranów telewizorów i dawała dyskretny, ale charakterystyczny powidok na znajdujące się w pobliżu bloki. I choć drzewa były jeszcze zielone, silne wiatry raz po raz zrywały z nich liście, które w ostatnim akcie desperacji wirowały po niebie. Do tego dochodziły kałuże, w które poznaniacy notorycznie wpadali. Jakoś nie można było o nich ciągle pamiętać, ale przekleństwa dało się słyszeć raz po raz. Pozostawało tylko przemęczyć się i przeczekać, aż w końcu zła pogoda znudzi się i zacznie nękać inne miasta. A wtedy błyśnie znów słońce i można będzie złapać ostatnią, dyskretną, bo jesienną, opaleniznę. Będzie można przejść się na spacer trasą tramwaju nr jedenaście, która biegnie przez jedną z najpiękniejszych miejskich dzielnic – Sołacz. Spacer kasztanową aleją może okazać się nie tylko romantyczny, ale i zdrowy – po tygodniach deszczu i zimna ruch i świeże powietrze każdego postawią na nogi.